Zabijanie w rytmie pop

To jest mój ostatni felieton dla Magazynu Dziennika (17 stycznia 2009). Po ostrym proteście Pawła Śpiewaka przeciwko publicznemu zacytowaniu jego prywatnego maila bez jego zgody - za brak tego pytania rzeczywiście przepraszam, choć też mam dość mocne poczucie nadużycia prywatnej korespondencji do dyskusji o problemach bynajmniej nie osobistych, lecz jak najbardziej publicznych, do której wybitni publicystyści pokroju Pawła Śpiewaka są wręcz zobowiązani - redakcja Dziennika uznała, że to dobra okazja, by zakończyć naszą współpracę. Felietony nie wpisywały się w linię pisma. Tym samym zamykam kolejną serię, ciesząc się, że się wydarzyła. 

Po ostatnim felietonie o konflikcie w Gazie mój znakomity promotor z czasów doktoratu, profesor Paweł Śpiewak, przysłał mi zagniewany email: „Magdo, szalenie zmartwił mnie twój felieton w Dzienniku, o czym mejlowo zawiadamiam. Jest tak jednowymiarowy i w tym sensie przewidywalny, jak przewidywalne są zarówno anty i proizraelskie teksty z prasy lewicowej. Wiesz zapewne, dlaczego pan Cogito nie cenił muzyki pop. Ten prosty wiersz chciałbym ci na ten weekend i na najbliższe dni zadedykować, życząc ćwiczenia półtonów, półdźwięków, doskonalenia w sztuce przedstawiania sprzeczności i niejednoznaczności. Ukłony. Paweł Śpiewak”.

Pomijając kwestię lewicowości, nie wiedzieć czemu użytej tu jako jednowymiarowa obelga, profesor idealnie trafił w mój wrażliwy punkt, czyli w przywiązanie do programu etycznego Herberta. Sęk w tym, że nie do końca rozumiem kierunek jego krytyki.

Być może Śpiewak miał na myśli brak cieniowania w przedstawianiu historycznych i moralnych racji państwa Izrael, oraz zbyt pochopną ocenę działań izraelskich polityków i wojskowych, odpowiedzialnych za decycję o tej operacji. Bo rzeczywiście, trudno im się dziwić. Ponad 90 procent Izraelczyków pochodzenia żydowskiego popiera inwazję. Wolą spokój niż pokój. Nawet sprzeciwiająca się dotąd przemocy lewica zrozumiała, że skoro nie da się zachować równowagi między Żydami i Palestyńczykami w oparciu o wzajemną miłość, warto powalczyć o tę opartą na strachu. Zaufanie do polityków wzrosło radykalnie po raz pierwszy od lat, co jest nie do przecenienia w obliczu zbliżających się wyborów parlamentarnych. Najlepszym dowodem może być rosnąca popularność strategów tego konfliktu – minister spraw zagranicznych Tzipi Livni i ministra obrony Ehuda Baraka – skutecznie konkurujących z dotychczasowym liderem rankingów, przywódcą prawicowej opozycji Benjaminem Netanyahu. Radykalizującym się jeszcze bardziej, by odzyskać malejące poparcie. Jego stwierdzenie wypowiedziane na jednej z konferencji prasowych, że „prowadzimy być może najsprawiedliwszą z wojen” przejdzie do historycznych annałów.

A może profesorowi chodziło o niewystarczająco subtelną relację z tragedii oblężonych Palestyńczyków? To fakt, Zgromadzenie Ogólne ONZ prawdopodobnie zwróci się do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości o sprawdzenie, czy atak na Gazę nie pogwałcił konwencji genewskich o ochronie ofiar wojny. Izrael zapewne odrzuci krytyczny werdykt, „sprawiedliwość” tej wojny jest już jednak publicznie kwestionowana. A lista uchybień jest długa. Blokada Gazy została uznana za formę niedozwolonej w prawie międzynarodowym kary zbiorowej. Izrael naruszył swoje obowiązki wobec okupowanej ludności, odcinając dostęp do jedzenia, wody i opieki medycznej. Jedna z najlepszych armii świata zdecydowała się na użycie zwykłych bomb, niszczących wszystko co się rusza, zamiast nowoczesnych pocisków, zdolnych do precyzyjnego namierzania celu. Dzięki temu dwie trzecie z ponad tysiąca ofiar to ludność cywilna, w tym ponad trzysta dzieci. Co więcej, wojsko wykorzystuje cywilów jako żywe tarcze, zamykając palestyńskie rodziny w budynkach zajmowanych przez izraelskich snajperów, żeby chronić tych ostatnich przed atakami bojowników Hamasu. I tak dalej.

Profesor nie rozumie tego, że to nie moje pisanie jest wyrazem estetyki hałasu, o której krytycznie rozmyśla Pan Cogito w czasie koncertu pop, lecz ten irracjonalny konflikt. Jego binarne, biało-czarne postrzeganie zostało wykreowane dzięki szczęśliwie coraz głośniej kwestionowanej retoryce „wojny z terrorem”, która stworzyła sztuczną solidarność Zachodu wobec wyimaginowanego wspólnego wroga. Oraz dzięki działaniom Izraela wspieranego przez Stany Zjednoczone, które na zasadzie faktów dokonanych wymazały z rzeczywistości, w jakiej żyją Palestyńczycy, jakiekolwiek odcienie i szarości. „Kłopot polega na tym – pisze Herbert – że krzyk wymyka się formie”. Zgoda. Tyle że domaganie się od zabijanych w Gazie Palestyńczyków tego samego bogactwa „głosu, który wznosi się i opada”, którego poeta oczekuje od popowych muzyków, nie ma nic wspólnego z formą. Jest po prostu niemoralne.

Magda Raczyńska

Płacząc i strzelając

Decydując się na zatytułowanie zeszłotygodniowego felietonu o ataku Izraela na Gazę „Dziecinna wojna” nie przyszło mi do głowy, że okaże się tak makabrycznie dosłowny. We wtorek troje martwych dzieci na pierwszych stronach wszystkich gazet. A zarazem pełne nadziei artykuły, że przecież nie zbombardują szkół zamienionych na tymczasowe obozy dla uchodźców, gdzie schronienie znalazło już 15 tysięcy mieszkańców. No bo armia dostała na nie namiary GPS, poza tym budynki oznakowano błękitnymi flagami sił ONZ. A już w środę proszę: zniszczone dwie szkoły, najwyższa jak dotąd ilość zabitych w ciągu jednego dnia, słowo „rzeź” na wszystkich okładkach. Milczenie przerwał nawet cichociemny prezydent-elekt Obama!

Błyskawicznie zmieniającą się sytuację brytyjskie media raportują równie szybko. Mimo, że Izrael wciąż nie godzi się na obecność zagranicznych dziennikarzy na terenie Gazy, tłumacząc to ich stronniczością. Pomaga w tym kontakt komórkowy z uwięzionymi mieszkańcami, których osobiste relacje publikowane są każdego dnia. A ponieważ w Polsce wciąż ważniejszy wydaje się gaz niż Gaza, powiem tylko, że mowa o półtora miliona ludzi od dwóch lat zamkniętych, a od 27 grudnia bombardowanych co 20 minut na powierzchni mniejszej niż Warszawa. Że do 2005 r. pośród tego półtora miliona żyło osiem tysięcy żydowskich osadników, którzy kontrolowali 25 procent terytorium, 40 procent ziemi uprawnej oraz większość ujęć wody. Że w ciągu trzech lat od podjętej przez Ariela Szarona decyzji o wycofaniu tych ostatnich ze Strefy Gazy zginęło kilkunastu żołnierzy Israeli Defence Forces, podczas gdy tylko między 2005 i 2007 te same siły IDF zabiły niemal półtora tysiąca mieszkających tam Palestyńczyków (z czego ponad połowę stanowiły kobiety i dzieci). I że w ciągu ostatnich dwóch tygodni armia izraelska doprowadziła do śmierci co najmniej 650 mieszkańców Gazy, w większości cywilów.

Tym, co przy tych statystykach wydaje się najciekawsze – pomijając oczywistą niestosowność tego słowa – jest towarzyszący całej operacji język izraelskich polityków, wojskowych i mediów. Zaczyna się od samej nazwy atakującej armii: IDF to Izraelskie Siły Obronne. A potem jest coraz lepiej. Minister obrony Ehud Barak wygraża Hamasowi „żelazną pięścią”, obiecując zarazem, że do cywili armia założy „jedwabne rękawiczki”. Przed kolejnymi nalotami helikoptery zrzucają na Gazę ulotki nawołujące mieszkańców do schronienia się we wspomnianych wyżej szkołach. Dodatkowo można w nich przeczytać, że armia nie chciałaby tymi nalotami powodować żadnych kłopotów.

Przypomina to reakcje z wcześniejszych kampanii antypalestyńskich. Na przykład stwierdzenie izraelskiego oficera, któremu doniesiono o trwającej właśnie masakrze w Sabrze i Shatili, czyli w obozach dla uchodźców na peryferiach Bejrutu okupowanego przez Izrael w 1982 r.: „Wiem, to nie w naszym guście, ale nie przeszkadzać”. Wprawdzie wtedy rzezi dokonali nie Izraelczycy, lecz chrześcijańscy falangiści, mimo że mieli tylko wyłapać arabskich terrorystów pod osłoną izraelskiej armii. Podobno z chęci zemsty za zabójstwo ich przywódcy, prezydenta Libanu Bashira Gemayela. Jednak, co wiemy dziś dzięki raportowi Komisji Kahana, stworzonej przez rząd Izraela w celu znalezienia winnych tej masakry, istnieje również coś takiego jak „odpowiedzialność pośrednia”.

To jednak raczej kolejny łatwy do rozmycia koncept w izraelskim języku publicznym, o którym mówi się, że jest dotknięty syndromem „bokhim ve-yorim”, co znaczy „płacząc i strzelając”. Dowodem na to może być kluczowa scena w poruszającym filmie „Walc z Bashirem”, będącym swoistym rachunkiem sumienia Izraela za grzech 1982 roku. Główny bohater i reżyser po 20 latach próbuje sobie przypomnieć, na czym polegał jego udział w masakrze, bo jak sam mówi, ta historia „nie zachowała się w jego systemie”. Pyta swojego przyjaciela i terapeutę: „Czy to ważne, czy osobiście wystrzeliwałem race, przy których świetle falangiści zabijali ludzi, czy tylko na nie patrzyłem?” W odpowiedzi słyszy kojące: „Wtedy nie, teraz tak. Wziąłeś na siebie rolę Nazisty, więc czujesz się winny. Ale przecież zrobił to ktoś inny!”.

Zapewne w ramach pokuty film zostanie nominowany do Oskara.

 

Magda Raczyńska-Pustoła

"Magazyn" Dziennika, sobota 10 stycznia 2009 (znów, wersja przed redakcją).

Dziecinna wojna

Świąteczne wyprzedaże trwają w najlepsze, jednak w Londynie nikt o nich nie rozmawia. Przy tym wcale nie chodzi o kryzys finansowy. Dyskusje w kawiarniach i w mediach całkowicie zdominował wątek trwających od kilku dni izraelskich nalotów bombowych na Gazę.

Mają one doprowadzić do zniszczenia struktur Hamasu, który w połowie grudnia wypowiedział wynegocjowany sześć miesięcy temu rozejm i ostrzelał rakietami marki Grad południowy Izrael. Skończą się, jak twierdzą wojskowi, gdy Hamas zostanie wystarczająco osłabiony (zdaniem ministra Ben-Eliezera Hamas jeszcze się dość nie nacierpiał; widocznie tych półtora tysiąca rannych i kilkuset zabitych w ciągu pierwszych pięciu dni bombardowań to wciąż za mało). Oraz gdy zostaną zaakceptowane dwa bezdyskusyjne warunki rozejmu. Po pierwsze, Gaza zrezygnuje z ataków odwetowych, by Izrael mógł bezpiecznie kontynuować polowanie na palestyńskich bojowników na Terytoriach Okupowanych. Po drugie, znikną długie na kilkaset metrów podziemne tunele pod granicą z Egiptem, którymi przemycana jest do Gazy broń.

Z tymi tunelami faktycznie jest problem. Po tym, jak Izrael zamknął szczelnie granice Gazy, blokując tym samym jakąkolwiek wymianę handlową (poza dostawami minimalnej ilości pomocy humanitarnej), jej mieszkańcy nie mają z czego żyć. Stąd tunelowa ekonomia, czyli odbywający się pełną parą szmugiel jedzenia, ubrań, papierosów czy leków. Oczywiście broni też. A ponieważ wszyscy są bez pracy, to wszyscy te tunele kopią. Zwłaszcza dzieci. Takie jak trzynastoletni Said, który dzięki temu utrzymuje rodzinę. Najpierw w Google Earth sprawdza miejsce, w którym nowy tunel ma się zacząć. Potem decyduje, pod domem którego z jego egipskich znajomych się skończy. Kopie. I zarabia. Bo jak mówi, taki tunel to prawdziwa kopalnia złota. Do tego stopnia, że właściciele tuneli godzą się płacić Hamasowi podatek za pozwolenie na ten intratny interes.

Sęk w tym, że polityka Izraela wobec Gazy bardziej przypomina starą grę, w którą bawią się brytyjskie dzieci, niż dorosłą próbę sensownego rozwiązania konfliktu. Gra nazywa się „Oranges and lemons”. Przypomniała mi się w związku z niedawną przeprowadzką do nowego mieszkania. Usytuowanego w przerobionej na lofty synagodze, która stoi się w zdominowanej przez muzułmanów dzielnicy Stepney Green i sąsiaduje z najstarszym londyńskim kościołem, czyli ponad tysiącletnim Świętym Dunstanem. O jego dzwonach mówi właśnie towarzysząca zabawie piosenka, w rytm której dzieciaki przebiegają dwójkami przez tunel stworzony przez pozostałych uczestników stojących w parach i trzymających się za uniesione w górę ręce. Po wypowiedzeniu ostatnich, dość makabrycznych, słów piosenki dzieci tworzące szpaler opuszczają ramiona, łapiąc tych którzy znajdą się akurat pomiędzy nimi. Nieszczęśnicy wypadają z gry i dołączają do wydłużającego się w ten sposób tunelu. Wygrywa ten, kto potrafi przezeń przebiec najszybciej, nie dając się złapać.

Pomarańcze i cytryny, mówią dzwony z Klementyny

Winien mi jesteś dwa grajcary, mówią dzwony ze świętej Mary

Kiedy je zapłacisz mi, mówią dzwony z Old Bailey

Gdy bogaty zacznę być, mówią dzwony z Shoreditch

Kiedy o tym powiesz mi, mówią dzwony ze Stepney

Nie wiem tego i paszoł, mówi dzwon największy z Bow

Świeca do łóżka wskaże ci bieg

A topór wielki zetnie ci łeb

Rach ciach, rach ciach, trupem jest ostatni kiep

To, co w pokojowej rzeczywistości wieloetnicznego Londynu jest tylko dziecinną zabawą, w zautomatyzowanym i ogłupionym nienawiścią konflikcie na Bliskim Wschodzie staje się życiem. Blokada ekonomiczna wprowadzona w celu wymuszenia ustępstw politycznych na Hamasie wzmacnia tylko jego popularność. Bo to Izrael, a nie Hamas, jest w powszechnej opinii odpowiedzialny za izolację. Mieszkańcy Gazy chcą rozejmu, jednak nie za cenę utraty ostatniego kanału umożliwiającego wymianę i tak ograniczonych dóbr. Głodni ludzie, jak sami mówią, będą się bronić za wszelką cenę. Dlatego dopóki tunele będą jedynym sposobem przeżycia, dopóty Palestyńczycy będą przez nie biegać jak najszybciej.

 

Magda Raczyńska-Pustoła 

"Magazyn" Dziennika, sobota 3 stycznia 2009 (To wersja przed redakcją - mój redaktor ociąga się z przysyłaniem ostatecznej. Natomiast dziś, czyli 10 stycznia, proszę czytać dalszą część tej historii)

Inwentaryzacja

Na przełomie roku wszyscy robią podsumowania. To mój ulubiony kwestionariusz z weekendowego magazynu Guardiana, do którego zapraszani są znani w Wielkiej Brytanii aktorzy, artyści, pisarze i politycy. Gwiazdą nie jestem, ale zawsze chciałam go wypełnić. Okazało się to trudniejsze niż myślałam. Pytania niby banalne, tymczasem remanent moich życiowych aktywów i pasywów zajął mi sporą część wigilijnej nocy.

Kiedy byłaś najszczęśliwsza?

Kilka tygodni temu w najstarszej łaźni tureckiej w Budapeszcie, w XVI-wiecznym Rudaszu, gdy w trzeciej godzinie siedzenia w ciepłej wodzie straciłam poczucie czasu i miejsca.

Czego najbardziej się boisz?

Że nie będę miała dzieci. Albo nie ma na to czasu albo właściwej okazji.

Jakie jest twoje najwcześniejsze wspomnienie?

Podróż z tatą do Lwowa, gdy miałam dwa lata. Pociąg wjechał w tunel za dnia, wyjechał nocą. Ale musiałam to sobie wymyślić, bo tata tego nie pamięta.

Jaki był twój najbardziej ambarasujący moment?

Pierwsza komunia, podczas której wszystkie dziewczynki miały na sobie bezy z bazaru Różyckiego, a mnie rodzice ubrali w prosty, biały habit z napisem JHS na przodzie, przewiązany żółtym sznurkiem.

Czego najbardziej w sobie nie znosisz?

Niecierpliwości wobec tych, w stosunku do których powinnam być pobłażliwa, i pobłażliwości wobec innych, których powinnam olać.

Czego najbardziej nie znosisz w innych?

Terytorialności.

Co, poza mieszkaniem, jest najcenniejszą rzeczą, którą kupiłaś?

Pięć lat podróży po świecie, gdy w latach 90. w trakcie studiów pracowałam w liniach lotniczych.

Co jest twoją najbardziej wartościową własnością?

Naiwność i brak poczucia obciachu. I kolczyki, które zwinęłam mamie lata temu. Teraz noszę je niemal codziennie.

Co wprawia cię w depresję?

Sama się w nią wprawiam.

Czego nie lubisz w swoim wyglądzie?

Czerwonych wypieków na policzkach po winie. Wyglądam wtedy jak hoża dziewka.

Kto zagrałby cię w filmie o tobie?

Na zmianę Jodie Foster i Drew Barrymore.

Co sprawia ci grzeszną przyjemność?

Papierosy, które zaczęłam palić pół roku temu.

Co jest twoim najokropniejszym nawykiem?

Zmywanie naczyń natychmiast po jedzeniu.

Co było najgorszą rzeczą, jaką kiedykolwiek od kogoś usłyszałaś?

Że nie potrafię dobrze pisać.

Czym jest miłość?

Dobrem publicznym.

Co lub kto jest największą miłością twojego życia?

To się okaże.

Jaki był najlepszy pocałunek twojego życia?

Wracałam kiedyś z toalety przepychając się przez zatłoczony bar i nagle drogę zastąpił mi pewien przystojniak poznany tego samego wieczora. Przez chwilę patrzył mi w oczy, po czym bez słowa pocałował mnie delikatnie w kącik ust.

Czy kiedykolwiek powiedziałaś nieszczerze “kocham cię”?

Nie.

Kogo z żyjących najbardziej podziwiasz?

Sławka Sierakowskiego. Za to, że przy wszystkich swoich cechach, których nie znoszę, udaje mu się zrobić coś niesłychanie produktywnego.

Kogo z żyjących najbardziej nienawidzisz?

Powiedzenie tego nic nie zmieni.

Jak się relaksujesz?

Oglądając hollywoodzkie szmiry. Chorując u mojej siostry w Meksyku w ciągu niecałego tygodnia obejrzałam ich grubo ponad trzydzieści. To jak dotąd mój rekord.

Jakich słów lub fraz nadużywasz?

Beautiful. Zasób moich angielskich przymiotników jest dość ograniczony.

Jaka była najgorsza praca, którą wykonywałaś?

Zmywak w ulubionym pubie Tracey Emin, czyli w Golden Heart naprzeciwko Spitalfields Market. Wysiadł mi kręgosłup, mózg i paznokcie.

Co byś zmieniła w swojej przeszłości, gdybyś mogła to zrobić?

Podstawówkę.

Kiedy byłaś najbliżej śmierci?

We Włoszech po nartach, po wypiciu grappy na piołunie. Na kilkanaście godzin padł mój układ nerwowy i początkowo nikt tego nie zauważył. Wszyscy myśleli, że zwyczajnie się upiłam.

Jaka jedna wybrana rzecz poprawiłaby twoje życie?

Dobra księgowa.

Czego cię życie nauczyło?

Że jest moje, niezależnie od tego, czy jest mi dobrze czy źle.

Jak chciałabyś być pamiętana?

Ciepło.

Jaką piosenkę chciałabyś usłyszeć na swoim pogrzebie?

“This Must Be The Place” Talking Heads

Opowiedz jakiś dowcip.

Nie potrafię, spalam wszystkie.

 

Magda Raczyńska-Pustoła

"Magazyn" Dziennika, sobota 27 grudnia 2008

(To jest pełna wersja felietonu, który ze względu na większą ilość enterów niż zwykle okazał się zdecydowanie za długi, żeby go wlać w przypisaną mi ramkę, więc w druku został mocno przycięty).

Przedświąteczny kac

Po ostatnim felietonie mój redaktor napisał mi, bym pamiętała, że ten, który właśnie Państwo czytają, ukaże się w numerze wigilijnym. Czyli ma być rodzinna atmosfera, miłość i pozytywne wibracje.

O tym, że nadchodzą święta rzeczywiście trudno zapomnieć. W jednym z filmów przygotowanych przez telewizję na ten wyjątkowy okres Sandra Bullock, grająca kasjerkę w nowojorskim metrze, mówi mi, że po latach samotności miłość życia (bogata i przystojna) przychodzi sama, oczywiście w Boże Narodzenie. Podobnie twierdzi Jennifer Lopez, która najpierw wciela się w organizatorkę wesel, a potem w pokojówkę na Manhattanie. Ją też w końcu odnajduje właściwy książę. I wreszcie lokalny autorytet, czyli Kasia Cichopek, w jednym z kolorowych pism przekonuje mnie o wyjątkowości tej Wigilii wieńczącej rok, kiedy to wreszcie stanęła na ślubnym kobiercu. 

No i będzie wesoło i świątecznie, tyle że zamiast cielęcego zachwytu zaproponuję Państwu czarny humor. W rubasznej Polsce wciąż wprawdzie mało popularny, ale ja przecież piszę skądinąd. Więc mi wolno.

Historia, którą chcę opowiedzieć, wiąże się z jedną z najbardziej londyńskich książek, jakie ostatnio czytałam, mianowicie z “Hangover Square” Patricka Hamiltona z 1941 roku. Rzecz dzieje się w okolicach Earl’s Court, tej ziemi niczyjej pełnej podrzędnych hoteli i pubów, w których pije się od rana. Akcja rozpoczyna się w Boxing Day, czyli drugiego dnia Bożego Narodzenia 1938 roku. Jej głównym bohaterem jest Georg Harvey Bone – wielki, smutny, łagodny schizofrenik. Obiektem jego nieszczęśliwej miłości jest piękna, lecz okrutna Netta Londgon, która wykorzystuje go dla kasy, znajomości, i (lejącego się przez wszystkie strony książki) alkoholu. Leniwa i niespełniona aktoreczka, której paznokcie mają kolor krwi. I której myśli, jak pisze Hamilton, przypominają rybę: zajętą sobą, oziębłą i tępą. 

Przez całą książkę Bone obsesyjnie kocha Nettę, a zarazem równie obsesyjnie pragnie jej nienawidzić. To ostatnie uczucie ujawnia się jednak tylko w przydarzających mu się coraz częściej stanach odmienionej świadomości, których później zupełnie nie pamięta. Następuje nagły, bolesny klik, świat wytraca sens, kolory i dźwięki, a nasz bohater przypomina sobie, że ma zrobić coś bardzo ważnego. Oczywiście! Musi zabić Nettę Longdon! Ma ją zabić, a potem pojechać do Maidenhead, gdzie wreszcie będzie szczęśliwy.

Po serii mniej lub bardziej niefortunnych perypetii Georg Harvey Bone w końcu wpada w najdłuższe ze swoich urojeń i faktycznie zabija Nettę Longdon (oraz jednego z jej kochanków, wąsatego faszystę Petera). Po czym popełnia samobójstwo, pozostawiając list z mętnym wyjaśnieniem całej historii. Oraz z prośbą, by ktoś zajął się jego kotem. A ponieważ dzieje się to wszystko dokładnie w dniu wybuchu II wojny światowej, jedyne co przedostaje się na łamy prasy, to krótka, słynna już notka: “Zamordował dwoje. Znaleziono go uduszonego gazem. Myśli o kocie”.

Czemu akurat dziś przywołuję tę tragikomiczną historię, opowiedzianą na dodatek przez pisarza równie nieszczęśliwego jak jego bohater? Określany wprawdzie jako Charles Dickens I połowy XX wieku, urodzony w 1904 roku Patrick Hamilton słynął z tego, że potrzebował whisky tak, jak auto potrzebuje benzyny. W 1932 samochód, który go przejechał, zmasakrował mu twarz i częściowo go sparaliżował. W 1934 jego matka popełniła samobójstwo. Od 1948 żył między żoną a kochanką, z czym nie mógł sobie poradzić nawet po tym, jak rozwiódł się z pierwszą i ożenił z drugą. Zarobił kupę pieniędzy, gdy dwie jego sztuki sprzedały się do Hollywood (m.in. “Sznur” Hitchcocka z 1948), ale w końcu przestał pisać, a jego książki na wiele lat znikły z księgarń. W 1954 zapił się na śmierć. 

Piszę o tym wszystkim z dwóch powodów. Po pierwsze, miało być pozytywnie. I jest, bo jak ktoś słusznie napisał, dzięki talentowi autora czytelnik czyta tę książkę z przecudnie perwersyjną nadzieją na to, że dobremu Georgowi w końcu uda się zabić złą Nettę. A po drugie – idą święta. Dla wszystkich. Również tych bez rodziny, nieszczęśliwych lub zwyczajnie beznadziejnie zakochanych.

Hangover Square / okładka pierwszego amerykańskiego wydania z 1941 roku

 

Magda Raczyńska-Pustoła

"Magazyn" Dziennika, środa 24 grudnia 2008

 

Inaczej niż w raju

Szukając przed laty mieszkania, znalazłam się pewnego dnia w jednej z tych pięknych modernistycznych kamienic, których na szczęście zostało jeszcze parę na warszawskim Żoliborzu. Jasna, wysoka przestrzeń, komfortowy rozkład, dobra cena. Wszystko wskazywało na to, że warto je kupić. Tyle, że coś było w nim nie tak. Pamiętam, że chodziłam od pokoju do pokoju i gniotło mnie w żołądku. Ot, przeczucie, którego w żaden sposób nie dało się zweryfikować. W końcu decyzja praktycznie została podjęta, ale postanowiłam jeszcze obejść dom naokoło. Żeby sprawdzić bliskość przystanków, poziom hałasu przejeżdżających samochodów, ilość ludzi wieczorem na ulicy. W czasie tego spaceru odkryłam wmurowaną w ścianę budynku tablicę. Że podczas wojny hitlerowcy rozstrzelali na podwórzu na jego tyłach ponad setkę mieszkańców, w tym dzieci. Na początku spanikowałam. Potem zadzwoniłam do znajomego bioenergoterapeuty, żeby się poradzić, czy coś z tym można zrobić. – Jasne – powiedział. – Od czasu do czasu, jak się będzie nasilało, po prostu daj na mszę. Jednemu z moich dzieciaków też się kiedyś pokazywał jakiś żołnierz w ruskim mundurze. Stał u nas w przedpokoju i patrzył. Zamówiliśmy mszę i się skończyło.

Tamtego mieszkania nie kupiłam, ale pamięć intensywnej, nieprzerobionej energii związanej z miejscem pozostała. Zwykle bowiem, myśląc o przeszłości, przywołujemy historie i opowieści, uruchamiamy język i obrazy. Jak pisze Zygmunt Bauman w eseju towarzyszącym wystawie Mirosława Bałki, która otworzyła się w poniedziałek w londyńskiej galerii White Cube, ta przeszłość, mimo że przecież głosu pozbawiona, ma nam coś ważnego do powiedzenia. Coś, co próbujemy usłyszeć i – opowiadając sobie od nowa – odczarować, oswoić. Historia żoliborskiej kamienicy pokazuje jednak, że artykułowane wypowiedzi to za mało. Bo przeszłość jest obcym krajem – by odwołać się do innego fragmentu tekstu naszego filozofa. Ludzie tam żyją inaczej niż tu.

O tym „inaczej” jest właśnie wystawa Bałki. Zatytułowana „Nothere” – co wprowadza natychmiastową konfuzję, bo nie wiadomo, gdzie mamy się znaleźć, czy tu i w ogóle gdzieś („no there”), czy właśnie nie („not here”) – kreuje przestrzeń naładowaną niewypowiadalną energią. Czyni tak zwłaszcza jedna z instalacji, zaprojektowana przez artystę specjalnie dla White Cube. To wysokie na 2,5 m przepierzenie wykonane ze zwykłej sklejki, ustawione blisko ściany, tak że tworzy się wąski korytarz. Po wejściu doń z jednej strony galerii nie pozostaje nic innego, jak tylko iść do przodu. Po przejściu całej długości ściany korytarz skręca w prawo i ciągnie się dalej. Kolejny róg, kolejny zakręt i tak aż do końca, do wyjścia po drugiej stronie sali.

Idę tym przejściem, dotykając końcami palców nierównej, chropowatej powierzchni surowego drewna, czekając dokąd dojdę, gdzie wejdę. Ale nie dzieje się nic. Do środka zajrzeć nie można, bo konstrukcja jest za wysoka. Do niczego poza wyjściem się nie dochodzi. Można tylko iść, bynajmniej nie w stronę słońca, nie wiedząc do końca, czy jest się na zewnątrz, czy w środku.

Przechodzę tym korytarzem, zgodnie z koncepcją artysty nawiązującym do tzw. szlauchu w Treblince, czyli drogi, którą pędzono nagich więźniów do komór gazowych, kilka razy. I dociera do mnie, że podobnie jak przed laty, gdy obchodziłam żoliborską kamienicę, szukam uspokajającego znaku, słowa, wytłumaczenia tej okropnej, intensywnej energii, która przesyca tę przestrzeń. Tu go jednak nie znajduję. Za to zaczynam wreszcie rozumieć, że wcale nie jest potrzebny. Bo mimo że w zwykłej galerii, w której pokazywane są różne, zazwyczaj bardziej rozrywkowe projekty, a nie w miejscu naznaczonym jakąś prawdziwą traumą z przeszłości, artyście udało się uruchomić to niesamowite pole siłowe, w którym słowa naprawdę nic nie znaczą. Otworzyć ową przestrzeń „pomiędzy”. Sień mediującą między tu i teraz a tam i wtedy. Kanał komunikacyjny między teraźniejszością z jej wartkim biegiem wydarzeń i spotkań – a tą obcą krainą, w której życie toczy się inaczej. Jak? – nie wiem i wiedzieć nie będę. Ale to czuję i w tym uczestniczę. I już samo to mnie zmienia. Poza tym zawsze mogę dać na mszę.

Mirosław Bałka, 190 x 90 x 4973 / 2008

Mirosław Bałka, Nothere, White Cube (Mason’s Yard), 9 grudnia —7 lutego 2009

 

Magda Raczyńska-Pustoła

"Magazyn" Dziennika, sobota 20 grudnia 2008 (felieton ukazał się pod tytułem "Przeszłość jest obcym krajem")

Powrót do wieczności

Chciałam tylko obejrzeć słynny portret małżeństwa Arnolfinich Jana van Eycka znajdujący się w stałej kolekcji londyńskiej National Gallery. Tymczasem okazało się, że został on włączony do zorganizowanej tamże wystawy „Renaissance Faces” prezentującej XV- i XVI-wieczne portrety autorstwa starych mistrzów, m.in. Memlinga, Dürera, Holbeina Młodszego, Tycjana, Botticelliego. I tak przez zupełny przypadek obejrzałam coś, czego bynajmniej nie planowałam. A co mocno zalazło mi za skórę.

Ekspozycja na pierwszy rzut oka nudnawa. Siedem sal uporządkowanych tak, by przedstawić kolejne ważne dla ludzkiej egzystencji problemy: pamięć, tożsamość, przyjaźń, rodzina, piękno i miłość, rysowanie portretów, wizerunki władzy. Obrazy wiszą równo, bezpłciowo opisane, uzupełnione ustawionymi tu i ówdzie rzeźbami i medalami. Ogląda się to wszystko ciurkiem, płynąc z tłumem zwiedzających.

Tylko do pewnego momentu. Wodząc wzrokiem po twarzach „papieży i piratów, bankierów i krawców, cnotliwych żon i wdów”, jak pisze darmowy przewodnik po wystawie, dociera do mnie, że niektórzy z nich patrzą na mnie. I dzieje się tak nie ze względu na wysoki status portretowanego czy hiperrealistyczny sposób malowania dający iluzję prawdziwości. Przeciwnie. Dziwna, niepokojąca aura wyrazistej podmiotowości, wrażenie, że oto naprzeciwko mnie stoi człowiek, wyziera z oczu tych codziennych i nieznanych, których tożsamość nieustannie mi się wymyka. A przez to wymusza reakcję czy raczej interakcję. Dopowiedzenie ich historii z mojego dzisiejszego punktu widzenia. Ale też dopełnienie czegoś w mojej historii z ich perspektywy.

Ambasadorowie Holbeina, świadomi swojej władzy, a jednocześnie pokorni wobec jej przemijania; ich przyjaźń wydaje się mocniejsza. Agatha van Schoonhoven pędzla van Scorela, wieloletnia partnerka malarza, a jednocześnie duchownego, któremu nie wolno się było z nią ożenić, co nie przeszkodziło im wychować razem trójkę dzieci. Do tej pory nie umiem zdefiniować tego fantastycznego pomieszania smutku, ironii i pewności siebie, które widzę w jej oczach. Autoportret Dürera, przedstawiający go, półnagiego i podobnego do Chrystusa, jak wskazuje na swoją śledzionę, mówiąc: „Gdzie ta żółta plama jest i gdzie mój palec pokazuje, tam mnie boli”. Dodam, że ten organ odpowiedzialny za oczyszczanie krwi i uznawany za siedzibę melancholii po angielsku nazywa się „spleen”. I ten spleen właśnie mnie dopada. Robi mi się nieswojo, ale to tylko zwiększa przyciąganie.

Hans Holbein

Jan van Scorel

Albrecht Durer

Mówi się, że w sztuce obowiązuje tzw. reguła 10 sekund. Czyli jeśli dana praca zatrzyma mnie na dłużej, to znaczy, że mam przed sobą prawdziwe, godne zapamiętania dzieło. Wydaje się to zrozumiałe. W czasach mass mediów, reality shows, blogów i plotkarskich magazynów każdy walczy o swoje 15 minut. Można by wręcz powiedzieć, że zaczęło się to właśnie od renesansu. Po stuleciach pokutnego bicia się w kolektywną pierś ówcześni jako pierwsi postawili na indywidualność. Czyżby więc chodziło im o ten Warholowski moment sławy? Owo krótkie tu i teraz, które wspomina się potem do końca życia?

Nie sądzę. Zdolny przeżyć portretowanych wizerunek był gwarancją pamięci. Pamięć zwiększała szansę, że ktoś pomodli się za ich dusze. Modlitwa zaś miała pomóc wydostać się z czyśćca, zapewniając wieczne życie i nadzieję na trwanie. To przesunięcie w czasie i przestrzeni jest kluczowe. Pozwala bowiem wymknąć się teraźniejszości i otworzyć na dialog z przyszłymi, którzy – tak jak ja – są w stanie spojrzeć na te obrazy z innej perspektywy. W tym sensie, parafrazując Bachtina, można powiedzieć, że oblicza tych ludzi są w połowie ich, a w połowie czyjeś. Tymczasem dzisiejsze gwiazdorskie wysiłki niczemu się w swej dosłowności nie wymykają. Próbując zatrzymać czas i utrzymać kontrolę nad wizerunkiem, są martwe, zanim jeszcze zostały uwiecznione.

Bardziej witalna wydaje się malutka Madeleine, namalowana przez Cloueta chorowita córka króla Francji Franciszka I. Dodany nieco później napis nad jej głową pomyłkowo identyfikuje ją jako Charlotte, choć i tak wszyscy wiedzą, o kogo chodzi. Żyje zbyt krótko, by dokonać czegoś wielkiego. Ale ponoć szczęśliwie. A przynajmniej tak ją pamięta historia.

Jean Clouet, Madeleine de France

Renaissance Faces: Van Eyck to Titian, The National Gallery, 15 październik 2008 - 18 styczeń 2009

 

Magda Raczyńska-Pustoła

"Magazyn" Dziennika, sobota 6 grudnia 2008

W nastroju przysiadalnym

No, proszę sobie wyobrazić mały, stary rosyjski samolot z 1949 r. lecący nad Budapesztem. Na burcie maszyny napis „Magyarorszag”, czyli Węgry. A na pokładzie siedemnaścioro pasażerów z wielu lokalnych mniejszości etnicznych, seksualnych i politycznych. Między innymi Cygan, Żyd, gej, lesbijka, Mongołka, Nigeryjczyk, Rosjanka, Chińczyk i Anglik. Do tego przedstawiciel tamtejszego odpowiednika Młodzieży Wszechpolskiej, czyli skrajnie prawicowej Straży Węgierskiej (Magyar Garda) oraz szef równie ultraprawicowych Nieżydowskich Motocyklistów (Goj Motoroszok). I wreszcie załoga: dwóch pilotów, filmujący to wszystko kamerzysta i ubrana w dziwaczny strój stewardessy polska artystka Joanna Rajkowska. Autorka projektu „Linie lotnicze” prezentowanego właśnie w budapesztańskiej galerii Trafo.

Lecąc w zeszły weekend do stolicy naszych bratanków samolotem Wizzair, musiałam się zdecydować, czy rozpycham się łokciami w walce o wygodne miejsce przy oknie lub korytarzu, czy pokornie czekam na to, co zostanie po bitwie o fotele. Jak to w tanich liniach bywa. Podobny problem mieli uczestnicy lotu wymyślonego przez Rajkowską. Gej zapowiedział, że nie chce siedzieć przy lesbijce, bo nie znosi feministek. Lesbijka nie chciała siedzieć obok węgierskiego strażnika, bo się go bała. A goj nie chciał siedzieć obok geja, bo mimo że nie chodzi o to, żeby ich wykończyć, tylko żeby się tak nie manifestowali, to angielskie słowo „gay” kojarzy mu się raczej z radosnym feelingiem po jeździe motorem w słoneczny dzień, więc wolałby sobie nie psuć humoru. Jednym słowem: dać im spokój, nie mają ochoty, dziś są w nastroju nieprzysiadalnym – aby znów odwołać się do klasyka, którego powinnam już chyba awansować na patrona moich felietonów, Marcina Świetlickiego.

Relacje między ludźmi stłoczonymi w ograniczonej przestrzeni były więc raczej niewygodne. Nie pomogło nawet to, że na prośbę artystki pasażerowie w końcu losowali swoje miejsca, żeby nie było pretensji o to, kto koło kogo siedzi. Wciąż i tak każdy mówił z nieco innym akcentem, wyglądał i zachowywał się inaczej niż pozostali. Okropne, prawda? Poza tym trzęsło na wszystkie strony, bo właśnie zmieniła się pogoda, ciśnienie w kabinie skakało, a szampan serwowany przez ekscentryczną stewardessę nie smakował, jak powinien.

W tym sensie niespełna godzinny lot okazał się dość dobrą metaforą relacji politycznych we współczesnym społeczeństwie. Gdzie zawsze brakuje miejsca oraz cierpliwości dla innych i gdzie z zasady jesteśmy w nastroju nieprzysiadalnym. Oczywiście, samolot to nie kraj – jasne jest, że z kraju, w którym źle się czuję, bo ktoś inny mi zagraża lub przeszkadza, zawsze mogę wyjechać, a z ciasnego samolotu lecącego kilkaset metrów nad ziemią już niekoniecznie. Ta różnica nie zmienia jednak dynamiki tego, co się dzieje pomiędzy współpasażerami współobywatelami. Nawet jeśli nie do końca świadomie, to przecież również jako obywatele jednego państwa umówiliśmy się, że – jak obrazowo pisze kuratorka wystawy Nikolett Eross – tych drzwi nie otworzymy ani nie wyrwiemy drążka pilotowi.

Dlatego może najciekawszą opcją radzenia sobie z niewygodnymi różnicami wydaje się nie ucieczka, ale piknik. Taki jak ten, na który Rajkowska zaprosiła pasażerów po zakończonym locie. Wtedy okazało się, że gej z lesbijką nie dość że jedli razem, to w drodze powrotnej siedzieli obok siebie w niemal pustym autobusie i gadali. Ta ostatnia znalazła także wspólny język z węgierskim strażnikiem, po tym jak się okazało, że oboje tak samo nie ufali pilotom i bali się, że spadną. A gej jako jedyny z całej grupy zgodził się na zaproponowaną przez goja przejażdżkę motocyklem. I pojechali we dwóch w siną dal.

Bo mimo że przy gulaszu i winie żadne konflikty nie zostały przegadane ani rozwiązane, to zmienił się nastrój. Wszyscy stali się trochę bardziej przysiadalni.

Joanna Rajkowska / Linie lotnicze

Joanna Rajkowska, Linie lotnicze, Trafó gallery, Budapeszt, Węgry, 2008

 

Magda Raczyńska-Pustoła

"Magazyn" Dziennika, sobota 29 listopada 2008

Tego nie dotkniesz

Szkoda, że nie możecie Państwo czytać tego felietonu w rytm muzyki, przy której go piszę. Hip-hopowy bit MC Hammera „U Can’t Touch This” płynnie przechodzi w równie miarowy, pokutny psalm 51, czyli Miserere Gregorio Allegriego w niesamowitym wykonaniu chóru chłopięcego King’s College z Cambridge University z 1983 r. Szlagier znany wśród polskiej młodzieży dorastającej w latach 80. jako „Pięć ciastek”. Potem śpiewane a cappella mistrzowskie dzieło, za którego transkrypcję bądź wykonanie poza Kaplicą Sykstyńską groziła kiedyś ekskomunika, w końcu podsłuchane i zapisane z pamięci przez czternastoletniego Mozarta. I tak w kółko od paru godzin. Wchodzi w ciało. Ech, u can’t touch this.

My, my, my music hits me so hard/ Makes me say „oh my Lord”.

Piątek, Colony Room. Przy barze stoi 80-letni mężczyzna, który wygląda najwyżej na pięćdziesiątkę. Dziewczyny wzdychają, takie ciacho. Ogień w oczach, żadnych oznak starości. To Johny Paine, jeden z ostatnich żyjących „regularsów”, który znał legendarną założycielkę klubu Muriel Belcher. Odprowadzam Johny’ego do wyjścia, na ulicy jeszcze chwilę rozmawiamy. Jak to robi? Żyje.

Yeah that’s how we’re livin’/ and you know/ u can’t touch this

Sobota, weekendowy magazyn „Guardiana”. Zapytana, kogo z żyjących podziwia najbardziej, brytyjska artystka Sam Taylor-Wood odpowiada: „Moją cioteczną babkę Winnie, za to że wyszła za mąż w wieku 80 lat za człowieka, którego znała, gdy była dwudziestolatką, a z którym straciła kontakt podczas wojny”.

And this is a beat, uh, u can’t touch.

Ta sama sobota i wystawa Sam Taylor-Wood w White Cube zatytułowana „Yes I No”. Powala mnie – również dosłownie, bo z wrażenia siadam na podłodze – multimedialna instalacja „Sigh”.

Boże w miłosierdziu swoim nieprzebrany/ U Twych nóg upadam ja, człowiek stroskany.

Taylor-Wood jest oczywiście britartową celebrity. Filmowała śpiącego Davida Beckhama, płaczącego Benicio Del Toro, sfotografowała się jako „Pieta” z półnagim Robertem Downeyem Jr na rękach. Zaliczyła dwa różne raki, przy czym wychodząc z ostatniego, wybrała metody naturalne, by móc zajść w ciążę. I zaszła, dwa lata temu. A teraz po 11 latach rozwiodła się z mężem Jayem Joplingiem, założycielem galerii White Cube. Ku zdumieniu całego Londynu, taką byli modelową parą.

Zmiłuj się nade mną, zetrzyj moje złości/ Omyj mię, oczyść mię z moich wszeteczności!

„Sigh”, „Westchnienie”, to koncert 65-osobowej orkiestry symfonicznej BBC rozpisany na osiem wielkich ekranów, rozwieszonych koliście w ciemnym pomieszczeniu. W każdym kadrze inna sekcja: dęte, smyczki, perkusyjne, dyrygent. Porywająca, hipnotyzująca muzyka, doskonały dźwięk, bezbłędnie skomponowane obrazy. Idealny koncert, w środku którego siedzę. Sęk w tym, że ubrani nie w smokingi i wieczorowe suknie, lecz w dżinsy i T-shirty, wyglądający niemal jak załoga fabryki, muzycy grają… bez instrumentów.

Give me a song or rhyhtm/ Makin’ ‘em sweat, that’s what I’m givin’ ‘em.

Czy pikantne życie artystki ma wpływ na siłę tej pracy? Jak najbardziej. Brak instrumentu, tego fetyszu muzycznej wirtuozerii, odwraca uwagę od kwestii technicznych. Przesuwa ją za to na odruchową, wpisaną w ciało relację między wyczulonym na rytm i melodię słuchem a gestem dłoni, poruszeniem palców biegających po niewidzialnych strunach i klawiszach, pochyleniem się do uderzenia w nieobecny bęben. Usunięcie atrybutu artysty umożliwia dostrzeżenie człowieka. Energii, a nie celowego działania. Rytmu ciała, a nie umysłu. Bo w tym właśnie, jak ktoś to dobrze napisał, Sam Taylor-Wood jest najlepsza. W chwytaniu każdego momentu życia. Swojego. I innych.

Otwórz wieczny Boże, nieme usta moje/ A ja opowiadać będę chwały Twoje.

Dodam tylko, że na pytanie „Guardiana”, jaką muzykę chciałaby usłyszeć na własnym pogrzebie, artystka odpowiedziała: „U Can’t Touch This” MC Hammera.

Go with the funk, it is said/ If you can’t groove to this/ Then you probably are dead. 

Sam Taylor-Wood - Sigh / White Cube

Sam Taylor-Wood - Sigh / White Cube 

Sam Taylor-Wood, Sigh / White Cube Mason’s Yard, 24 październik —29 listopad 2008

 

Magda Raczyńska-Pustoła

"Magazyn" Dziennika, sobota 22 listopada 2008

Koniec przedszkola

Brytyjski rynek literacki słynie z niechęci do obcojęzycznych przekładów. Zasięg i dominacja zróżnicowanej, wieloetnicznej kultury opartej na języku angielskim zaspokajają czytelniczy apetyt na oswajanie rzeczywistości przez lekturę. Jednak tylko tym nie da się wytłumaczyć tej orki na ugorze, jaką jest wprowadzanie do Wielkiej Brytanii polskiej poezji czy prozy. I to mimo wyraźnie zwiększonego na nią zapotrzebowania związanego z nagłym pojawieniem się nas na Wyspach i wpływem na tamtejszą kulturę; oczekiwania silnego również w Polsce, że oto narodzi się nowy Joseph Conrad, zdolny opisać współczesną, rozchwianą kondycję.

Czym więc jeszcze? Ano tym, co słyszę od wielu moich brytyjskich partnerów, odkąd prowadzę program literacki w londyńskim Instytucie Kultury Polskiej. Mianowicie, brakiem akcji, za to nadmiarem idei. Idei, czyli jak pisał na początku XX wieku Stanisław Brzozowski, wypowiedzianych abstrakcyjnie, rozwiniętych w sposób jasny na papierze postulatów myślowych i uczuciowych, które utwierdzają nas w przekonaniu, że świat nie spełnia naszych oczekiwań i nie pasuje do naszej indywidualności.

To poczucie osamotnienia wydaje się zniewalać nas aż do dziś. – Życie i idee – pisze Cezary Michalski – to w Polsce sprawy tak od siebie oddzielone, że ten ogromny dystans między nimi wykoślawia i wydrąża oba te wymiary istnienia. Wtóruje mu Agata Bielik-Robson, podobnie jak Brzozowski przeciwstawiając temu polskiemu, romantycznemu wyobcowaniu postawę romantyzmu brytyjskiego. Romantyzmu, którego głównym kryterium jest stopień uczestnictwa w rzeczywistości. I który refleksyjnie bierze udział w uniwersalnym świecie rodzącej się nowoczesności, choć uczestniczy w niej na sposób paradoksalny: także przez bunt, opór i negację. Pomimo tego, że nie akceptuje odczarowanej rzeczywistości, nie zrywa z nią więzi: walcząc z nią, zachowuje w niej swój czynny udział; stawiając jej opór, uznaje jej istnienie.

Jakież więc było moje zdziwienie, gdy od jednego z najważniejszych krytyków literackich w Wielkiej Brytanii, redaktora „Independenta” Boyda Tonkina, usłyszałam komentarz sugerujący sytuację zupełnie odwrotną. Miało to miejsce w czasie wizyty studyjnej, którą prowadziłam w zeszłym tygodniu. Przywiozłam do Polski szóstkę świetnych brytyjskich teoretyków, krytyków i kuratorów literackich i przewiozłam ich po moim zdaniem najciekawszych salonach polskiej literatury, teorii i publicystyki. Żeby ich bezpośrednio skonfrontować z tą niewypowiedzianą, choć wyczuwalną polską wibracją, zamiast podsuwać im gotowce w trakcie programowania imprez literackich w ramach rozpoczynającego się w przyszłym roku Sezonu Polskiego w Wielkiej Brytanii.

I tak, byliśmy m.in. w Wydawnictwie W.A.B., gdzie Agnieszka Graff podbiła serca opowieścią o rozwoju ruchu feministycznego w Polsce; w Lampie i Iskrze Bożej, gdzie czary-mary na języku odprawiła Dorota Masłowska; w emanującej reporterskim zaangażowaniem „Gazecie Wyborczej”; w skoncentrowanym na tworzeniu nowych przestrzeni Nowym Teatrze Warlikowskiego; w „Krytyce Politycznej”, gdzie ruszyła ostra dyskusja na temat strategii wpływu na rzeczywistość; w Czułym Barbarzyńcy, którego założyciel Tomek Brzozowski ucieszył moich gości informacją o otwieranej wkrótce czułej filii w Londynie; w Instytucie Książki, gdzie zastanawialiśmy się wspólnie, jak wzmocnić relacje między polami literackimi w Polsce i Wielkiej Brytanii; czy wreszcie w Korporacji Ha!art, której ekipa redaktorska totalnie wszystkich olśniła swoją niehierarchiczną energią, zdolnością do mobilizowania potencjału na stykach różnych dyscyplin i odwagą wchodzenia w kulturowe szczeliny, na które nikt nie zwraca uwagi.

Wrażenie na Boydzie Tonkinie zrobił właśnie ów zaawansowany stopień uczestnictwa w rzeczywistości. Przełamanie typowej, jak stwierdził, dla dzisiejszej Wielkiej Brytanii izolacji między debatą intelektualną a życiem społecznym i politycznym.

I może było to tylko wrażenie. Ale Brzozowski, który szukał sposobu na wyprowadzenie nas wszystkich z polskiego przedszkola, i tak musi się uśmiechać.

 

Magda Raczyńska-Pustoła

"Magazyn" Dziennika, sobota 15 listopada 2008

…SKA

Proszę mi wybaczyć, ale to nie będzie typowy felieton. Raczej podróżny szkic w zastępstwie, bo jestem chwilowo w Polsce, a nie w Londynie. Poza tym zdarzają się takie momenty, kiedy w życiu pojawia się niespodziewanie wiele poezji. Turbulencje polityczne. Perturbacje osobiste. I okazje oczywiste. Takie jak Rok Zbigniewa Herberta. A w związku z tym zeszłotygodniowy, poświęcony mu wieczór, który miałam przyjemność organizować w ramach festiwalu Poetry International w londyńskim Southbank Centre. Albo koncert Świetlików w warszawskiej Hard Rock Cafe, z którego właśnie wróciłam.

Od pytania, dlaczego ta poezja tak nagle się pojawia, znacznie ciekawsze jest jednak pytanie, co to z nami robi?

A robi sporo. Weźmy na przykład takiego Homera, bohatera herbertowskiego dramatu słuchowiska z 1958 r. pt. „Rekonstrukcja poety”. Ten 45-letni mieszkaniec Miletu, były marynarz, zostaje zmuszony do zmiany zawodu po częściowej utracie wzroku wskutek nieszczęśliwego wypadku. Zdobywszy uznanie jako piewca wielkich czynów bogów i wojowników, w trakcie jednego z koncertów ślepnie ostatecznie. I wtedy następuje przełom. Homer zaczyna zadawać pytania.

Są one podobne do tych, które dręczą Marcina Świetlickiego, autora klasycznego już wiersza „…SKA”:

„Dlaczego twój niepokój tak obraca się wokół/ wyrazów: niepodległość, wolność,/ równość, braterstwo, Polska od morza do morza,/ Bezrobocie, podatki, Gazeta Wyborcza?/ Czy nie wiedziałeś, że są to małe wyrazy?/ Czy nie wiedziałeś, że są to wyrazy najmniejsze?”

Bliskie są one również lekcji, której Bóg udziela Baruchowi Spinozie w moim absolutnie ulubionym wierszu Herberta, „Pan Cogito opowiada o kuszeniu Spinozy”:

„– mówisz ładnie Baruch/ lubię twoją geometryczną łacinę/ a także jasną składnię/ symetrię wywodów/ pomówmy jednak/ o Rzeczach Naprawdę
Wielkich/ – popatrz na twoje ręce/ pokaleczone i drżące/  – niszczysz oczy/ w ciemnościach/ – odżywiasz się źle/ odziewasz nędznie/ – kup nowy dom/ wybacz weneckim lustrom/ że powtarzają powierzchnię/ – wybacz kwiatom we włosach/ pijackiej piosence/ – dbaj o dochody/ jak twój kolega Kartezjusz/  – bądź przebiegły/ jak Erazm/ – poświęć traktat/ Ludwikowi XIV/ i tak go nie przeczyta/ – uciszaj racjonalną furię/ upadną od niej trony/ i sczernieją gwiazdy/ – pomyśl/ o kobiecie/ która da ci dziecko/ – widzisz Baruch/ mówimy o Rzeczach Wielkich”.

Co więcej, pytania te bynajmniej nie wynikają z pretensji, że – jak nadaje radio w najnowszym dramacie Doroty Masłowskiej „Między nami dobrze jest” – w dawnych czasach, gdy świat rządził się jeszcze prawem boskim, wszyscy ludzie na świecie byli Polakami, a teraz już nie są, bo nam wszystko odebrano. Ani z obojętnej reakcji bohaterki tej sztuki, Małej Metalowej Dziewczynki: „Po co być jakimiś Polakami?”

Rzecz w tym, że utrata wzroku pozwala Homerowi zyskać słuch. Znika dystans zewnętrznego obserwatora domagającego się od świata swoich praw. Ten świat nagle staje się bliski. Wchodzi w nas niczym dźwięk i wypełnia nas, tak jak my go wypełniamy. Poezja krzyku i wielkich eposów ustępuje miejsca poezji małego palca, kamyka czy tamaryszka. A Homer-Herbert-Świetlicki-Masłowska mówią nam, że do świata bogów i idei zbliżyć się możemy jedynie przez świat ludzi i rzeczy. Nie odwrotnie.

Jak w cytacie z filmu „V jak Vendetta”, o który aż się prosi, skoro piszę ten felieton w legendarną rocznicę próby wysadzenia Westminsteru przez Guya Fawkesa (pamiętacie państwo „Remember, remember / The fifth of November”?):

„Uczy się nas pamiętać nie człowieka, lecz ideę, bo człowiek może upaść. Może zostać złapany. Może zostać zabity i zapomniany. A idea może zmieniać świat nawet po czterystu latach. Byłam świadkiem potęgi idei. Widziałam ludzi, którzy w jej imieniu zabijali, którzy w jej imię ginęli. Jednak idei nie możesz dotknąć, objąć ani pocałować. Idea nie krwawi, nie czuje bólu, nie kocha. I nie za ideą tęsknię – mówi tam grana przez Natalie Portman Evey Hammond – lecz człowiekiem”.

kadr z filmu V jak Vendetta 

 

Magda Raczyńska-Pustoła

"Magazyn" Dziennika, sobota 8 listopada 2008

Paradoks Giddensa

Lord Anthony Giddens zakończył swój poniedziałkowy wykład na temat globalnego ocieplenia tym samym cytatem z Monty Pythona, którym zamknęłam niedawny felieton o kryzysie finansowym. „Zawsze patrz na jasną stronę życia” zabrzmiało jednak w School of Slavonic and East European Studies, University College London wyjątkowo ironicznie.

Po pierwsze dlatego, że lordowskie wystąpienie trwające niemal dwie godziny, a przy tym wygłoszone dowcipnie i zupełnie z głowy, miało dość posępne przesłanie. Ryzyko katastrofy ekologicznej jest bliższe, niż nam się wydaje. Po przekroczeniu punktu krytycznego zmiana klimatu nie nastąpi stopniowo, lecz – co potwierdzają najnowsze badania rekonstruujące przebieg wcześniejszych ociepleń i epok lodowcowych – niewyobrażalnie szybko, nawet w ciągu dekady. Poza tym głównym problemem bynajmniej nie jest to, że zniszczymy nasze środowisko, lecz że ono zniszczy nas. Jak to mówią: nie było nas, był las; nie będzie nas, będzie las.

Po drugie zaś zaproponowany przez najczęściej cytowanego socjologa na świecie, byłego doradcę Tony’ego Blaira i obecnego parlamentarzystę, program zapobieżenia apokalipsie sprowadził się do stwierdzenia, że musimy działać razem. Oczywiście pod przewodnictwem najbogatszych państw. Debata ekologiczna w krajach rozwijających się, takich jak Polska, dopiero raczkuje. Wypracowane zalecenia, na przykład standardy protokołu z Kioto, postrzegane są jako nowa inkwizycja, a nie szansa na technologiczną modernizację i zwiększenie konkurencyjności. Wreszcie: aspirujące do zachodniego poziomu konsumpcji państwa nie wyrzekną się jej dobrowolnie na korzyść niepewnych zysków w nie wiadomo jakiej przyszłości. Dlatego – twierdzi Giddens – przywództwo powinni przejąć ci, których na to stać tu i teraz. Pamiętając oczywiście, że w tej wojnie, w której wszyscy jesteśmy po tej samej stronie, bo nie ma w niej żadnego wroga, warunkiem zwycięstwa jest ułatwienie rozwoju biedniejszym regionom. Rozwoju, który pozwoli im szybko wdrożyć nowe technologie i lajfstajle produkowane na Zachodzie, dzięki którym uda się zatrzymać kataklizm.

Tym, co to wszystko może utrudnić, jest – zdaniem Jego Lordowskiej Mości – pewien paradoks psychologiczny, który zresztą JLM nazwał własnym nazwiskiem. Mianowicie zbyt wielki dystans pomiędzy konkretami życia codziennego a abstrakcyjnym ryzykiem w przyszłości. Bez względu na to, jak zagrożenie ekologiczne jest poważne, będziemy skłonni coś z nim zrobić, dopiero gdy odczujemy jego bezpośrednie konsekwencje, zobaczymy namacalne dowody. A ponieważ w tę musztardę po obiedzie zapadamy się wszyscy – biedni i bogaci, rządy i jednostki, lewica i prawica – to znów musimy wyciągnąć się z niej razem.

Kłopot polega na tym, że idea lorda Giddensa przypomina pomysł barona Muenchausena. Ostrzegając, że za chwilę będzie za późno, byśmy razem zapobiegli globalnej katastrofie, JLM proponuje, byśmy sami wyciągnęli się z błota za włosy. Zapomina jednak o koniu. Czyli o tym, że to właśnie ekologia stała się polem współczesnych konfliktów i konkurencji. Że od dawna wiemy, iż większość bogactwa i zysków zwykle osadza się na górze, zamiast przesączać się w dół. I że odsuwanie realizacji niewygodnych postulatów społecznych na przyszłość pod pretekstem skupienia się na tym, co najważniejsze, prowadzi zwykle do ich marginalizacji. Jasne, że jak ostatecznie wszyscy zamarzniemy lub nas woda i krew zaleje, to będzie nam wszystko jedno. Zanim to jednak nastąpi, w Darfurze, zwanym pierwszą wojną ekologiczną, kieszeń nabiją sobie konkurujący o zasoby naturalne, by się rozwijać jeszcze szybciej, Chińczycy lub Amerykanie. W Wielkiej Brytanii zaleje tylko te cztery miliony, których nie będzie stać na nowy kredyt mieszkaniowy. A z Polską świat będzie miał wreszcie spokój. Po zamknięciu wszystkich kopalni i hut, o które tak walczymy, zapominając o zabezpieczeniu sobie innych opcji (tu JLM ma rację), zapanuje błoga ciemność i cisza.

Zgodnie z paradoksem Giddensa na rewolucję będzie już bowiem za późno.

 

Magda Raczyńska-Pustoła

"Magazyn" Dziennika, sobota 1 listopada 2008

Monty Python na giełdzie

Oczywiście sprawa jest poważna. Gazety niemal codziennie informują o kolejnych tysiącach zwolnionych pracowników londyńskiego City. Metro staje co jakiś czas z powodu tzw. czynnika ludzkiego, czyli mniej lub bardziej udanej próby samobójczej. A komentatorzy i politycy prześcigają się we wskazywaniu przyczyn kryzysu. Że brak kontroli państwa nad samowolnymi rynkami. Ryzykowne i sprzyjające spekulacji instrumenty finansowe. Za duże społeczne nierówności i za łatwy dostęp do kredytów, które miały je rekompensować. Proponowane rozwiązania w większości podobne są do przyjętego przez rząd amerykański planu Paulsona. Zakładającego nacjonalizację banków, rozprawienie się ze złymi długami, a następnie ponowną prywatyzację. Wszystko rzecz jasna za pieniądze podatników. Jak zgrabnie pisze o tym Anna Delick z „Krytyki Politycznej”, rachunek za pazerność i nonszalancję Wall Street zostanie wysłany na Main Street.

Sęk w tym, że w Wielkiej Brytanii główną ulicę w małym miasteczku (w tym również główne ulice w poszczególnych dzielnicach Londynu, które niegdyś były małymi miasteczkami) określa się jako High Street. I na tym haju polega zasadnicza różnica. To znaczy tu też otwartym tekstem krytykuje się dotychczas nietykalny neoliberalizm. Tyle że powaga zostaje opakowana w typową dla tej kultury kpinę. Bo i sprawcy katastrofy, i ci, którzy za nią ostatecznie płacą, zachowują się tak, jakby byli na niezłym rauszu.

Pośmiejmy się i my. W ciągu dwóch ostatnich miesięcy rząd Islandii znacjonalizował trzy największe banki, uchylając się jednak od gwarancji zagranicznych depozytów. Ich znaczącą część, około 1 mld funtów, stanowią lokaty ponad stu brytyjskich samorządów lokalnych przyciąganych kampaniami promocyjnymi i nadzieją na gorąco reklamowane, szybkie i spektakularne zyski. Zarządzany przez konserwatystów samorząd Westminsteru, jednej z bogatszych dzielnic Londynu, utopił w ten sposób prawdopodobnie około 17 mln funtów należących do płacących lokalne podatki mieszkańców. I to mimo protestów przedstawicieli laburzystowskiej opozycji, którzy już w zeszłym roku, po słynnym runie na bank Northern Rock, ostrzegali przed nadmierną kreatywnością. Tymczasem jeszcze miesiąc temu pismo „Money Mail” zachęcało do niepowtarzalnych inwestycji w bankach islandzkich, posługując się hasłem „Łap te okazje, zanim znikną”. Zaś na internetowej stronie firmy Kinross & Render zatrudnionej do promowania islandzkich lokat do tej pory wisi komunikat prasowy rozpoczynający się od słów „Icesave patrzy w przyszłość, by chronić swoich inwestorów”. A także misyjny slogan PR-owców – „Obiecujemy tylko to, co możemy odebrać” – wykorzystujący ambiwalentne słowo „deliver”. Jak widać, w czasie kryzysu przysłowie „kto daje i odbiera, ten się w piekle poniewiera” traci swój sens.

Dobrze więc, że wolny rynek przestał być świętością. Szkoda tylko, że jedyną receptą na jego bolączki jest znów dość bezkształtna „trzecia droga”. Bo mimo że do niedawna oznaczała ona romans Blairowskiej lewicy z neoliberalizmem, a dziś opisuje konwersję post-Tchatcherowskiej prawicy na wiarę w państwo i regulację, to i tak sprowadza się ona generalnie do prywatyzacji zysków i uspołecznienia strat.

No i zaklinania rzeczywistości. Jak w dowcipie rysunkowym z najnowszego numeru pisma satyrycznego „The Private Eye”, gdzie jedna wróżka tłumaczy drugiej, parafrazując słynnego Dzwoneczka z „Piotrusia Pana”: „Jeśli nie będziesz wierzyć w banki, umrą”.

Ale w końcu Wielka Brytania to przecież kraj, który udzielił schronienia Karolowi Marksowi, dzięki czemu mógł on napisać jedną z najlepiej sprzedających się książek wszechczasów, czyli „Kapitał”. To tutaj za kilka dni dokona się uroczyste otwarcie największego centrum handlowego w Europie. I to tu piosenka „Zawsze patrz na jasną stronę życia” wymyślona przez Erica Idle’a w trakcie kręcenia ostatniej sceny „Żywotu Briana”, podczas której aktorzy wiszący na krzyżach śmiertelnie się nudzili, stała się ulubionym szlagierem pogrzebowym.

Private Eye

Private Eye

 

Magda Raczyńska-Pustoła

"Magazyn" Dziennika, sobota 25 października 2008

Sztuka postkolonialna

Instytucje artystyczne w Londynie organizują teraz szykowne, wieczorne imprezy. W dostojnej Tate Britain można było niedawno zrelaksować się w ramach „Late at Tate”, czyli na towarzyszących wystawie Francisa Bacona pokazach filmów i mody oraz przy ruletce, pokerze i Black Jacku w specjalnie zaaranżowanym kasynie. Hayward Gallery zorganizowała noc z supergwiazdami Andy’ego Warhola, podczas której wystąpiły trzy damy warholowskiej Fabryki – Holly Woodlawn, Mary Woronow i Bibbe Hansen. Słynne Frieze, czyli komercyjne targi sztuki o pretensjach artystycznych, otworzył z kolei wieczorny, masowy wernisaż poprzedzony wieloma mniej publicznymi wydarzeniami. Takimi, jak np. wystawa Henry’ego Moora w Hauser & Wirth Gallery. Rzeźby ustawione w galerii mieszczącej się między butikami Dolce & Gabbana i Bvlgari, wyeksponowane na dość przytłaczających meblach projektu Zahy Hadid, można było obejrzeć tylko na prywatne zaproszenia.

Na szczęście w londyńskim świecie sztuki chodzi nie tylko o oficjalny blichtr. Być może na tym polega jego ciągła witalność. To znaczy spora część bywalców zadowala się światłem mainstreamowych fleszy. I kontynuuje wieczór np. w aspiracyjnym Groucho Club. Wielu jednak docenia bardziej szorstkie klimaty. I wybiera ulubiony pub Tracey Emin na Shoreditch, czyli nieco obskurny The Golden Heart, w którym szklanki i kieliszki wycierane są tą samą ścierką co popielniczki. Albo usytuowany na Dean Street, kultowy – choć nigdy cool – Colony Room Club. Jak mówią, stolicę pijącego Soho, które jest stolicą pijącego Londynu, będącego stolicą pijącej Wielkiej Brytanii. Elitarny klub dla outsiderów. Pomalowaną na okropną zieleń dziurę na piętrze, do której prowadzą wąskie, skrzypiące schody. Miejsce bez zahamowań, które kompletnie uzależnia.

Ten prywatny klub, do którego można wejść, tylko jak barman zdecyduje się nacisnąć guzik domofonu, założyła tuż po wojnie Muriel Belcher. Profaniczna królowa campu słynąca z dowcipu, niewyparzonego języka i tego, że jako wygadana lesbijka w czasach, w których homoseksualizm był nielegalny, feminizowała wszystkich mężczyzn, mówiąc do nich czule „cunty” lub w najlepszym wypadku „Mary”. Siadała na wysokim krześle w rogu między barem a wejściem, żeby móc w razie czego wyciągnąć rękę i zatrzasnąć drzwi przed lub za nieproszonym gościem. I mimo że nie miała bladego pojęcia o sztuce, udało jej się zgromadzić wokół siebie najlepszych brytyjskich artystów i pisarzy. Zaczęło się od Bacona: młodego, pięknego i bez grosza. Colony Room stał się jego drugim domem. Muriel płaciła mu 10 funtów tygodniowo za sprowadzanie kolejnych gości, takich jak Lucien Freud czy Dylan Thomas. On zaś odpłacał się jej licznymi portretami, które malował, bo uważał, że jest piękna. Po śmierci Muriel klub przejął grubiański Ian Board, którego prochy stoją dziś w urnie-popiersiu na najwyższej półce z butelkami. Wcześniej stały niżej, ale jeden z podpitych członków klubu próbował je wysypać.

A teraz króluje Michael Wojas, zwany „Polish sausage”. Mniej wygadany i bardziej tolerancyjny od poprzedników jest odpowiedzialny za odświeżenie wizerunku klubu. I przyciągnięcie, poza Lisą Stansfield czy Kate Moss, całego współczesnego brit-artu, który nawet kiedyś przez rok, raz w tygodniu, parami obsługiwał bar: Tracey Emin z Matem Collinshawem, (nagi) Damien Hirst z Maią Norman czy Sarah Lucas z Angusem Fairhurstem.

Powie ktoś, że nie ma wielkiej różnicy. Wypasione wnętrza i skóry naciągnięte botoksem czy obskurne dziury i zaczerwienione od alkoholu twarze – i tu, i tam chodzi o lans wzmocniony wykluczeniem, o odróżnienie się od reszty tłumu. Zgoda. Ale nawet jeśli to tylko kwestia smaku, to i tak wolę miejsce, w którym można pogadać naprawdę z każdym (co nie jest w Londynie oczywiste). Gdzie można sobie pozwolić na niedoskonałość i ambarasujące momenty, które nie zamkną drzwi przed nosem, co najwyżej wzbogacą złą reputację klubu. I gdzie o pozycji wciąż decyduje poczucie humoru, a nie kasa.

Dlatego szkoda, że klub od grudnia znika. Właściciel kamienicy, w której mieści się ten bynajmniej nie dostojny sześćdziesięciolatek, postanowił przeprowadzić generalny remont i słono wynająć wszystkie mieszkania.

Ale znając życie, niedługo napijemy się pewnie szampana na wernisażu otwierającym Colony Room zrekonstruowany przez jakiegoś znanego artystę w Tate. 

Colony Room: Dick, Lee i Michael 

Ekipa Colony Room w pełnym składzie: Dick, Lee i Michael.

 

Magda Raczyńska-Pustoła

"Magazyn" Dziennika, sobota 18 października 2008

Seks z lustrem

Nico, piosenkarka i modelka, chodziła kiedyś za Lou Reedem i powtarzała: „Lou, będę twoim lustrem”. Powstała z tego piosenka „I’ll Be Your Mirror”, która znalazła się na debiutanckiej płycie The Velvet Underground z 1967 roku. Nagrywanie ciągnęło się długo, bo mocny głos Nico wciąż brzmiał za ostro i za sztucznie. W końcu po wielu próbach artystka była tak wycieńczona, że muzycy postanowili spróbować po raz ostatni, a potem pójść do domu. I wtedy się udało.

Wielkim fanem tej piosenki był Andy Warhol, którego retrospektywna wystawa została w tym tygodniu otwarta w londyńskiej Hayward Gallery. Przygotowana przez Evę Meyer-Hermann ekspozycja „Other Voices, Other Rooms” (tytuł przejęty od innego ulubieńca Warhola, pisarza Trumana Capote’a) jest totalnym szaleństwem formy i przestrzeni. Została podzielona na trzy sekcje. „Filmscape” to 19 projekcji najważniejszych filmów króla popu, wyświetlanych obok siebie w ciemnej, przestronnej sali. Można je oglądać, wylegując się na gąbczastych kanapach wijących się między dużymi ekranami wiszącymi na ścianach i zwisającymi z sufitu. „TV-Scape” to z kolei 42 odcinki programów telewizyjnych, które Warhol wyprodukował między 1979 i 1987. Pokazywane są na 42 monitorach ustawionych w przestrzeni, która wygląda niczym wnętrze amerykańskiej flagi. Jej zewnętrzne „ściany”, wykonane z tysięcy wiszących pionowo sznureczków, układają się w biało-czerwone pasy; białe gwiazdy służą za stołki, a podłoga pod nimi ma granatowy kolor. Wreszcie „Cosmos” – życie twórcy. To korytarze wytapetowane jego ikonicznymi obrazami (puszka zupy Campbell’s, Marylin Monroe, krzesło elektryczne), wyklejone cytatami z artysty, wizerunkami gwiazd filmowych oraz polityków, okładkami płyt, wypełnione nagraniami dźwiękowymi, książkami, numerami redagowanego przez Warhola magazynu „Interview”.

Andy Warhol zaproponował muzykom, by na płycie znalazła się rysa, dzięki której fraza „będę twoim lustrem” będzie się powtarzać w nieskończoność. Tak kochał tę piosenkę; być może za fragment, kiedy Nico śpiewa: „Trudno mi uwierzyć, że nie zdajesz sobie sprawy ze swojego piękna”. Muzycy się nie zgodzili. Natomiast miłość do życia w każdym jego przejawie do dziś przenika wszystkie prace Warhola.

„Lubię nudne rzeczy” albo demokratyczne stwierdzenie, że „wszystko jest ładne” – to jedne z jego najbardziej znanych wypowiedzi, które to potwierdzają. Ale są także inne, na pierwszy rzut oka z nimi niezgodne. „Wszystkie moje filmy są sztuczne, lecz w końcu wszystko jest w pewnym sensie sztuczne”. „Nigdy nie czytam, tylko oglądam obrazki”. „Ciężko jest patrzeć w lustro, nic tam nie ma”. „Zawsze podejrzewałem, że oglądam telewizję, zamiast przeżywać życie”. Czy: „Jeśli chcesz dowiedzieć się wszystkiego o Andym Warholu, po prostu patrz na powierzchnię moich obrazów i filmów, tam jestem. Pod nią nie ma nic”.

Czyżby więc sprzeczność pomiędzy pogonią za sensacją i blichtrem a pochwałą codziennej pomidorówki? Tylko pozornie. Dobrze to widać na przykładzie seksu. Z jednej strony Warhol mówi, że „seks jest bardziej podniecający na ekranie niż pod kołdrą”. Z drugiej zgodziłby się zapewne z tym, co powiedziała kiedyś polska artystka Małga Kubiak po pokazie swojego filmu, na którym wynajęci przez nią aktorzy uprawiali ten seks naprawdę: „Prawdziwego seksu pokazanego na filmie nie widać, prawdziwy seks na filmie nie jest spektakularny. Mimo to jest prawdziwy”.

Nie chodzi o idealistyczny wybór pomiędzy sztucznym glamourem a autentycznymi relacjami. Liczy się ciągła gra i napięcie między świętem a codziennością, wyobrażeniem a realnością, fikcją a życiem. Bo prawdziwe życie nie ma jakiejś jednej, gładkiej powierzchni, na której można je zatrzymać i zdefiniować, lecz składa się z wielu przenikających się warstw i rys, spod których ciągle wyłazi i ciągle trzeba je łapać.

Co zupełnie nie wyszło dwóm młodym dziewczynom, które zobaczywszy z daleka tytuł znanego filmu Warhola „Blow Job”, podniecone podbiegły do ekranu, piszcząc „Oh, my god! Oh, my god!”. Po niecałej minucie oglądania kadru przedstawiającego w bardzo dużym zbliżeniu wyłącznie twarz opartego o ścianę przystojnego chłopaka – twarz, na której w zwolnionym tempie widać zmieniające się doznania, lecz ich źródła można się jedynie domyślać – odeszły rozczarowane.

A Warhol, który podstawił im to lustro pod nos, przewracał się pewnie w grobie ze śmiechu. W końcu przez całe swoje życie wierzył, że i tak nie ma nic bardziej ulotnego niż śmierć.

Andy Warhol / Blow Job

 

Magda Raczyńska-Pustoła

"Magazyn" Dziennika, sobota 11 października 2008 (felieton ukazał się pod tytułem "Przed lustrem Warhola")

Warunkowa zgoda na bycie Polką

Naprzeciw polskiej ambasady w Londynie mieści się siedziba Królewskiego Instytutu Brytyjskich Architektów (RIBA). W zeszłym tygodniu odbyła się tam konferencja „UK Identities Today” (Tożsamości w dzisiejszej Wielkiej Brytanii). Była to prezentacja wyników kilkudziesięciu badań dotyczących takich kwestii, jak rasa, płeć, orientacja seksualna, wyznanie, narodowość. A także bardziej szczegółowych problemów, np. relacji pomiędzy rytuałami upijania się brytyjskiej młodzieży do nieprzytomności a potrzebą przynależenia do grupy rówieśniczej, która nie byłaby ani rodziną, ani szkołą, ani kościołem.

W czasie przerwy na papierosa rozmawiałam z Robertem, przedstawicielem stowarzyszenia lobbującego na rzecz zróżnicowania etnicznego. Po krótkiej wymianie opinii na temat pogody zaczęliśmy mówić o tym, skąd jesteśmy. Że on urodzony w Wielkiej Brytanii. Ale czarny jak smoła. Więc nie Anglik. Jeśli trzeba, to już raczej Brytyjczyk. A tak naprawdę londyńczyk. Że ja urodzona nad Wisłą. Więc nie Angielka. Na Brytyjkę jeszcze za krótko. Ale już trochę londynka, nieprawdaż?

I właśnie kwestia brytyjskości okazała się najważniejszym wątkiem obrad, na które wróciliśmy po tej pogawędce.

„Brytania, Brytania, Brytania. Kraj tradycji. Ryba z frytkami. Ogródki działkowe. Zastępy kolorowych”. Twórcy serialu „Mała Brytania” emitowanego również w TVP to dosyć abstrakcyjne pojęcie wyśmiewają, zwykli Brytyjczycy mają z nim kłopot. Mało komu przychodzą dzisiaj do głowy ciepłe piwo, bukoliczne parki albo kluby miłośników psów myśliwskich jako symbole wyznaczające tradycyjnie pojmowaną i mało kolorową angielskość. Uczestnicy sondaży pytani o definicję brytyjskości zmieniają temat i wolą mówić, czym ona nie jest. Czyli że Wielka Brytania to kraj, który posiada wojsko, ale nie ma drużyny piłkarskiej. Który szczyci się własnym hymnem, flagą i królową, ale już niekoniecznie świętym patronem czy konstytucją. I że generalnie brytyjskość można poznać po tym, co nią nie jest albo po jej najgorszych cechach. Czyli np. po indyjskim curry albo pijanych Angolach, których znamy z Krakowa.

Sęk w tym, że negatywna definicja brytyjskości ma także jasne strony. Płynna i otwarta umożliwia po prostu sprawne funkcjonowanie wielokulturowego i wieloetnicznego społeczeństwa. Kluczową rolę odgrywa tu opcja dzielenia tożsamości. Urodzony w Dundee Szkot, którego zdaniem londyńczycy są chłodnymi snobami, jest teoretycznie takim samym Brytyjczykiem jak ja, lubiąca swoją obciachową i bezpośrednią polskość warszawianka, czy rodzice Roberta, którzy przybyli na Wyspy z Somalii wiele lat temu. A to pozwala wejść do nowej społeczności zarówno ze swoimi zmarłymi, jak i współczesnymi. Z tym, co należy do przeszłości, i z tym co dzisiejsze.

Oczywiście, zdaję sobie sprawę z praktycznych problemów z pojęciem brytyjskości. No bo historia kolonialnych podbojów, prywatyzacja państwa za rządów Żelaznej Damy, małpowanie Amerykanów zatykających flagi na oknach przy byle okazji – wszystko odbyło się pod jej hasłem. I wiem, że w kontekście politycznej licytacji na jej definicję, w której laburzyści idą łeb w łeb z konserwatystami, dzięki czemu „cool Britannia” zamienia się w „stygnący Albion”, gubi się faktyczny sens tego konceptu. Sens, który polega na tym, że brytyjskość czy polskość stają się kategoriami coraz bardziej obywatelskimi, a coraz mniej etnicznymi. I że nie są celem samym w sobie, lecz instrumentem należącym do kulturowego i społecznego przybornika, którym możemy i powinniśmy się posługiwać. Warunkowo, pragmatycznie, bez kompleksów i dogmatów.

Jak w tej historii opowiedzianej przez jednego z uczestników konferencji. Któregoś dnia jego dziesięcioletni syn wrócił ze szkoły i pochwalił się meczem rozegranym po lekcjach. „Mówię ci, było super. Biali grali przeciwko czarnym!”. Ojciec, lewicowy naukowiec wychowany w kulturze politycznej poprawności, kompletnie zmartwiał. „No wiem, zawiesiliby nas, jakby się w szkole dowiedzieli” – kontynuował dzieciak. „Ale każdy mógł się dołączyć tam, gdzie chciał. A potem, jak biali zaczęli przegrywać, to wszyscy chcieli się zapisać do czarnych”.

 

Magda Raczyńska-Pustoła

Magazyn Dziennika, sobota 4 października 2008 

Żenujący felieton

Widmo recesji ekonomicznej krążyło nad zakończonym właśnie Londyńskim Tygodniem Mody (London Fashion Week). Czy to wskutek słabnącego dolara, czy też słabnącej reputacji samej imprezy uważanej przez świat wielkiej mody za coraz bardziej prowincjonalną na pokazach nie było ani Anny Wintour, szefowej nowojorskiego „Vogue’a”, ani słynnych hollywoodzkich gwiazd. Weteran brytyjskiego designu Paul Smith mówił w wywiadach o świadomości negatywnego wpływu kryzysu finansowego na rynek luksusowych ubrań. Inni projektanci podkreślali konieczność przestawienia się na bogate arabskie i rosyjskie konsumentki, na których krach na giełdach nie zrobił większego wrażenia. Tym zresztą tłumaczono sobie popularność bliskowschodnich inspiracji w kolekcjach Vivienne Westwood czy pracującego dla Chanel i Givenchy Juliena Macdonalda. Jeszcze inni wyrażali nadzieję, że recesję można przeczekać, inwestując w akcesoria, czyli torby, buty i biżuterię, które pozwalają modnisiom reagować na zmieniające się trendy, unikając nadmiernych wydatków.

Grobowy klimat nie wpłynął jednak na same wybiegi, na których eksperymentowano z kolorami i luksusem. Ten nieco dekadencki i pretensjonalny dystans do całej sytuacji wywołał skądinąd falę uszczypliwych komentarzy w mediach: stołeczni projektanci patrzą na jasną stronę życia. Rzym płonie, a Luella Bartley proponuje manieryczne outfity dla żon bankierów, których już na nie nie stać. Nasza ekonomia zawaliła się w gruzy, a designerom tylko różowe buty w głowie!

Czyli znów za wszystko wini się kobiety – jak mówi żona mojego ulubionego felietonisty Tima Dowlinga z „Guardiana”, który z kolei za wszystko obwinia swoją żonę. I czyni to w iście pretensjonalnym stylu będącym zarówno znakiem kryzysowych, rozchwianych czasów, jak i uosobieniem jednej z podstawowych reguł towarzyskich w Wielkiej Brytanii. A już na pewno w Londynie.

Prawidłowa, poprawna komunikacja między londyńczykami jest bowiem dość niezgrabna i kłopotliwa. Zwykle nie wiadomo, od czego zacząć, mówi się więc o pogodzie. Poważnie. Zamiast wyraźnego przedstawienia się mamrocze się pod nosem coś w stylu „er, plstm”. Czyli „hm, miło cię poznać” – od „pleased to meet you” – ale przecież wcale nie jest jasne czy miło, więc po co się nad tym rozwodzić. Całowanie na powitanie kończy się często niezdarną kolizją. Generalna, choć świadoma swej niezręczności żenada.

Jedną z jej żelaznych zasad jest przy tym niepisany zakaz rozmów na tematy osobiste pomiędzy znajomymi, którzy nie są bliskimi przyjaciółmi. Wyjątkiem są łamy gazet i magazynów, do których zalicza się właśnie „Guardian” i felieton Tima Dowlinga. Chudego czterdziestolatka z zakłopotaną miną, który nie chodzi sam do parku, bo jego pies jest bardziej popularny od niego, więc idąc na spacer bez niego, pozbawiony jest swej jedynej tożsamości właściciela uwielbianego przez wszystkich psa. I który w trakcie ważnego wywiadu z nadętym specjalistą od PR-u znajduje w notesie wpisany przez jednego z synów komentarz: „TATA, JESTEŚ CIENIASEM”.

Ale przynajmniej Tim Dowling może o tym wszystkim pisać, nie naruszając ani reguły żenady ani reguły prywatności. Jak w końcówce mojego ulubionego felietonu, przy którym popłakałam się ze śmiechu, lecąc kiedyś do Warszawy.

Podczas rodzinnej kłótni w domu Dowlingów żona przy dzieciach wypomina swemu małżonkowi, że nie pokroił chleba w supermarkecie, że jest beznadziejny, i że chyba łysieje. Autor tłumaczy synom, że celem życiowym matki jest zaniżanie jego poczucia własnej wartości. – Mama jest jak walec, który przyjdzie i wyrówna – podpowiada mu jeden z chłopców. Zachwycony Dowling postanawia użyć tego zwrotu w kolejnym felietonie. Żona protestuje: – Nie jestem żadnym walcem! Nie możesz mi tego zrobić. – Oczywiście, że mogę, jeśli tylko zechcę. No nie? – autor patrzy pytająco na syna. Ten się chwilę zastanawia, po czym odpowiada: – Pięć funtów.

I zakład stoi. Bynajmniej nie dlatego, że pisanie o żonie jest społecznie akceptowane, a pisanie o mężu już niekoniecznie. Po prostu w kryzysowej kulturze, w której pretensjonalność i dystans do samego siebie stają się normą, jeśli nie wręcz koniecznością, nie da się już za wszystko winić kobiet.

Luella Bartley

 

Magda Raczyńska-Pustoła

"Magazyn" Dziennika, sobota 27 września 2008

The C of E czyli Be jest Fo Pa

Bacon, Benedykt, Bruni. Ostatni tydzień zdominowały trzy osoby, których wspólnym mianownikiem jest jeszcze jedno ważne imię na Be. A raczej jego instytucjonalna postać, uwikłana w sprawy ludzkie. Mianowicie religia i jej współczesna relacja do państwa.

Ale po kolei. Kilka dni temu zakończyła się wizyta Benedykta XVI we Francji. Witany przez Carlę Bruni i jej męża, prezydenta Nicolasa Sarkozy’ego, papież zdefiniował promowaną przez siebie „pozytywną laicyzację” jako otwarcie się chrześcijan na inne wyznania przy akceptacji rozdziału państwa i Kościoła. Witający papieża mąż Carli Bruni używał tego samego terminu, chociaż w nieco bardziej wyrafinowanej formie. Mówiąc o „pozytywnej laicyzacji”, miał na myśli otwarcie się akceptującego swe chrześcijańskie korzenie państwa na inne wyznania przy jednoczesnym zamazaniu dotychczas wyraźnego rozdziału polityki i religii.

Po co nam do tego jeszcze jakiś Anglik irlandzkiego pochodzenia? Ano po to, by zrozumieć, że mimo retorycznych różnic obu wymienionym wyżej postaciom chodzi o to samo – czyli o powrót wartości religijnych do życia publicznego. Że rozgrywana publicznie forma relacji państwo-Kościół przesądza o wpływie religii, choć już niekoniecznie wiary, na nasze codzienne życie. I że czasem brak wiary może mieć bardziej konstruktywny wpływ na myślenie o życiowych wartościach niż nadmiar religii.

Ale po kolei. Kilka dni temu w londyńskiej Tate Britain otworzyła się oczekiwana od miesięcy retrospektywna wystawa Francisa Bacona. Wśród zaprezentowanych na niej obrazów tego słynnego i kontrowersyjnego brytyjskiego malarza, jednego z najważniejszych europejskich artystów XX w., największe wrażenie zrobiła na mnie seria inspirowanych Velazquezem portretów papieża Innocentego X. A zwłaszcza jeden, który został zresztą wybrany przez kuratorów na okładkę katalogu towarzyszącego wystawie.

Obraz ten, zatytułowany po prostu „Głowa VI” („Head VI”, 1949), przedstawia lekko naszkicowaną, siedzącą postać, odzianą w charakterystyczny purpurowy ornat, zamkniętą ni to w klatce, ni to w pudle ze szkła. Jedynym wyraźnym elementem tego niewątpliwego papieża są usta – jak twierdzą kuratorzy, otwarte w krzyku lub ataku duszności. Powyżej ust wszystko się rozmazuje w ciemności. Malując w ten sposób głowę Kościoła, Bacon – zadeklarowany ateista – przedstawia chwiejność autorytetu, schowany głęboko pod atrybutami władzy niepokój. A zarazem podkreśla osamotnienie współczesnego człowieka, na którym spoczywa całkowita odpowiedzialność za siebie i świat, w którym żyje. Żadne siły boskie czy nadprzyrodzone nie mogą mu już przyjść z pomocą ani z usprawiedliwieniem.

Otwarte usta skrywają więc poważny program etyczny i polityczny. Warto jednak pamiętać, że poza skojarzeniem z krzykiem lub lękiem rozdziawiona szczęka (klasyczny motyw Baconowski) może też oznaczać szeroki uśmiech (klasyczny motyw Benedyktyński). Dlatego zakończę ten felieton nieco lżejszym tonem, wpisując słynnego malarza i jego przesłanie w kontekst kultury, w której się wychował.

Jak bowiem twierdzi Kate Fox, antropolog i autorka książki „Watching the English”, Brytyjczycy darzą swój kościół wielkim szacunkiem. Dlaczego? Bo Kościół anglikański, czyli The Church of England – o którym powszechnie mówi się „the C of E”, co pozwala uniknąć słowa „kościół”, bo jest zbyt religijne, oraz słowa „Anglia”, bo jest zbyt patriotyczne – jest, ich zdaniem, najmniej religijnym kościołem na świecie. Otwarty, tolerancyjny i stroniący od nakazów, pozwala swoim członkom zachować w pełni brytyjski stosunek do religii. Nie tyle obojętny, ile obojętny uprzejmie i w sposób cywilizowany. Bóg ma się tu dobrze – pod warunkiem że pozostaje na swoim miejscu, czyli w kościele, i to niekoniecznie jedynym wybranym. Przekonywanie, że jest inaczej, jest po prostu w złym guście. Publicznie dyskutuje się wyłącznie o przeciwdziałaniu niszczącym społeczność konsekwencjom wyprowadzania tego Boga z kościoła.

Francis Bacon, Head VI, 1949

Francis Bacon, Tate Britain, 11 wrzesień - 4 styczeń 2009

 

Magda Raczyńska-Pustoła

"Magazyn" Dziennika, sobota 20 września 2008

 

Madonna z kurczakami

Jeszcze do niedawna Boris Johnson wybrany w maju na nowego burmistrza Londynu, określał walkę z globalnym ociepleniem jako „fenomen religijny” i krytykował protokół z Kioto, którego celem jest zmniejszenie emisji dwutlenku węgla do atmosfery, za jego bezużyteczność. Mniej kup na ulicach i więcej drzew – do tego, zdaniem byłego burmistrza stolicy Wielkiej Brytanii, lewicowca Kena Livingstone’a, sprowadzała się strategia ochrony środowiska jego konserwatywnego następcy.

O dziwo, kilka dni temu Boris nagle pozieleniał. Ujawnił swoją najnowszą tajną broń przeciwko przegrzewaniu się atmosfery oraz recesji ekonomicznej, czyli dwóm zagrożeniom, których nadejścia mieszkańcy Wysp obawiają się najbardziej. Tą bronią mają być domowe ogródki.

I tak 32-letni Denny, mieszkający we wschodnim Londynie analityk, który w zeszłym roku dołączył do grupy FoodUpFront (w wolnym tłumaczeniu Front Żywności lub Prawdziwa Żywność), na swoim balkonie hoduje pomidory, szalotkę, czosnek, pietruszkę, rzodkiewki, bazylię, bakłażany, marchewkę, miętę, rozmaryn i rukolę. 29-letnia Beth, menadżerka projektów, jest najbardziej dumna z przyrządzanego z własnych zbiorów ciasta cukiniowo-czekoladowego. A 26-letnia Erica, lobbystka na rzecz ochrony środowiska uprawiająca w swoim ogródku na Camberwell fasolkę, zioła i karczochy jerozolimskie, podkreśla relaksacyjny wpływ hodowli znoszących około 12 jajek tygodniowo kur Clarissy i Jennifer.

Nowy trend jest popularny nie tylko wśród zwykłych Londyńczyków. W sierpniowym numerze „Vogue’a” do kurczaków przekonywała również Madonna, karmiąc swoje ukochane stadko ubrana w inspirowaną Grace Kelly szyfonową suknię i kaszmirowy kardigan. Zaś wspomniany Czerwony Ken przyjął zaproszenie magazynu „Time Out” – absolutnie kultowego londyńskiego informatora kulturalnego – do prowadzenia stałej rubryki z zielonymi poradami. Już w tym tygodniu można było obejrzeć ogród uprawiany przez niego od czasów naszego Okrągłego Stołu, dowiedzieć się, jaka jest różnica między żabą brytyjską a francuską, oraz przekonać się o wartości samowystarczalności. Promowana przez byłego burmistrza zasada, że co samo nie przeżyje, nie jest warte wysiłku, zdaje się dziś inspirować nie tylko ogrodników.

I wcale się nie wyśmiewam. Obrośnięte roślinnością balkony i dachy gromadzą wodę, zapobiegając suszy, przeciwdziałają powodziom, schładzają powietrze i zmniejszają obecną w nim ilość dwutlenku węgla. Zarazem dostarczają pozbawionego pestycydów taniego pożywienia, co przy nadchodzącym kryzysie żywnościowym ma niebagatelne znaczenie. Czyżby więc nieoczekiwanie zazielenionemu Borysowi udało się dopiec Czerwonemu Kenowi dwoma kurczakami upieczonymi na jednym ogniu? Czy za pomocą wdzięcznego pomysłu domowych ogródków przejął kontrolę nad dyskusją publiczną i przekonał Londyńczyków, że dba o ich dobro, a nie tylko ich głosy?

Pytanie o faktyczne intencje burmistrza ma sens o tyle, że równolegle do zielonej i demokratycznej ofensywy rozpoczął on walkę na wyjątkowo elitarnym froncie motoryzacyjnym. W zeszłym tygodniu nowy burmistrz ogłosił co najmniej 6-procentową, znacznie przewyższającą inflację podwyżkę cen biletów komunikacji miejskiej. Jednocześnie sprzeciwił się rozszerzeniu na najbogatsze dzielnice Londynu strefy, za wjazd do której trzeba słono płacić (zamrożenie przez Livingstone’a cen metra i autobusów miało właśnie rekompensować ograniczenie ruchu samochodowego w centrum miasta), a także nakładaniu dodatkowych opłat za posiadanie samochodów o zwiększonej pojemności silnika.

Wobec niemal 20-procentowego spadku sprzedaży nowych aut, który najboleśniej dotknął marki z najwyższej półki, takie jak BMW, Land Rover, Jaguar czy Aston Martin, troska nowego burmistrza o utrzymanie dotychczasowego poziomu życia części Londyńczyków kosztem innych powinna mieszkańców miasta natychmiast zaalarmować. Trudno mi sobie jednak wyobrazić, żeby wzięli przykład z Argentyńczyków, którzy ze złości na spóźniające się metro w zeszłym tygodniu zwyczajnie je spalili. I to nawet nie dlatego, że, jak mówią, w tym kraju nigdy nie było rewolucji. Zajęci uprawą własnych ogródków mieszkańcy Londynu po prostu nic nie zauważą. 

Madonna / Vogue

Magda Raczyńska-Pustoła 

"Magazyn" Dziennika, sobota 13 września 2008